Wystawa

Artysta, którego lubię i cenię, autor okładki i ilustracji do mojej ostatniej książki, Jacek Frąckiewicz miał wernisaż swoich prac w galerii „Pod Rurą” w Widawie. Jak zwykle na jego wernisażach było sporo osób w różnym wieku. O wyznaczonej godzinie sam twórca był jeszcze zajęty prowadzeniem warsztatów malarskich dla dzieci, po chwili jednak pojawił się i „odpalił” wystawę. Odpalił dosłownie i symbolicznie, bowiem tradycyjnie zapłonęło kadzidełko. Było przyglądanie się pracom, podziwianie pomysłów na podjęcie tematu, katalog wystawy, ktoś wylosował jedną z prac, rozmawiano. Wystawa odwiedzi jeszcze okoliczne gminy, w Warszawie w Muzeum Karykatury można aktualnie oglądać inną, większą wystawę prac tego skromnego, niezwykle utalentowanego człowieka.

Urodziny z pomysłem

który to raz?

Dla mnie szósty, kolejny zjazd PPG. Wkleiłam się już i dobrze mi z tym. Teraz padło na Podlasie, chciałam powtórzyć sobie miejsca. Przy okazji poznałam nowe. Było ciekawie, jak zawsze zresztą. Będzie co wspominać – warsztaty garncarskie, kulinarne, zwiedzanie, wieczory autorskie i wesołe rozmowy.

wakacje

Wybór padł na Calabrię – Montepaone Lido, hotel Rada Siri. Okazało się trafny. Hotel nie za duży, 67 pokoi, bez animacji, z basenem, łóżka wygodne, ręczniki zmieniane codziennie. Wersja śniadania i obiadokolacje ok. Śniadania – szwedzki bufet, obiadokolacje serwowane przez kelnerów, do wyboru z 3 propozycji pierwsze i drugie, plus deser jeden z dwóch. Dla typowych mięsożerców mogłoby być niewystarczająco, schabowy z kapustą raczej nie tutaj. Za to dania jarsko-rybne wyśmienite, pięknie podane, serwowane pod daszkiem na świeżym powietrzu, można się poprzyglądać otoczeniu, góry, palmy – coś czego u nas na nizinie nie uświadczysz. Do kolacji codziennie karafka wina, przystawki wybierane samodzielnie.

W ciągu dnia plażowanie przy pięknej pogodzie, do plaży – piaszczysto-kamienistej niedaleko, leżaki i parasol w cenie. Przed południem sporo plażowych sprzedawców, kto lubi może się zaopatrzyć w okulary, sukienki, pareo, biżuterię, torebki, zabawki. Podobno gdzie indziej plażowa akwizycja jest zabroniona, tutaj działa. W porze sjesty raczej i tu przerwa. Praca nie najwdzięczniejsza, trzeba się nachodzić w upale, nadźwigać, a sprzedaż mizerna.

Po powrocie z plaży prysznic i spacer na kawałek miejscowej świeżutkiej pizzy, ciastko, lody. Leniwie, nikt nikogo nie pogania. Nie trzeba się spieszyć.

Wycieczka fakultatywna na Sycylię do Taorminy – autokar, prom, mijamy Messynę, oglądamy krajobrazy. W Taorminie zwiedzamy ogród im.księcia Colonna di Cesaro, ze wzgórza Monte Tauro spoglądamy na zatokę Naxos, Etnę, wędrujemy na Plac IX Kwietnia, w restauracji obiad, ryba, pasta, deser, woda, wino, jest smacznie. Jedząc spoglądamy na pobliską zatoczkę, klif, morze ma kolor szmaragdowy.

W Taorminie mnóstwo turystów, bywało tu wielu sławnych Goethe, Guy de Maupassant, Oscar Wilde, Hemingway, Nietsche, Gide, Asnyk, Iwaszkiewicz. Pewnie wielu więcej, niektórzy chcieli zamieszkać, paru napisało wiersze, opowiadania. Nic dziwnego, bo miejsce urzeka. Jest tu jedyny starożytny amfiteatr, który za tło ma widok na morze i góry jednocześnie. Kupujemy drobne pamiątki – likier pistacjowy, obrazki, na prezent drewnianą lokomotywę z wagonikami – imię. Wracając odczuwamy niedosyt, trzeba się będzie jeszcze kiedyś udać w tym kierunku, podreptać uliczkami, zostać dłużej.

Kolejna wycieczka fakultatywna dostarczy wielu wrażeń, dołączmy do niemieckiej grupy turystów. Tak nam powiedziano. Później okazuje się, że grupa jest wielonarodowa, tylko przewodniczka opowiada po niemiecku, wtrąca coś po angielsku. Jest okazja do przypomnienia sobie paru zwrotów. Coś rozumiemy, czegoś nie, ale jest nieźle. Przewodniczka profesjonalna, wydaje się, że lepsza od polskiej pilotki w Taorminie, dowiadujemy się więcej, czas jest lepiej wykorzystany. Tym razem trafiamy na punkt widokowy do Capo di Vaticano, rzeczywiście, jest cudnie, robimy parę fotek, jest upał, wracamy do klimatyzowanego autokaru, jedziemy do Tropei. W Tropei wybieramy się na degustację marmolady z czerwonej cebuli, likieru limoncello, grappy, wina, różnych dżemów z peperoncino, fig, miodu z dodatkiem bergamotki, pasty kokosowej z bergamotką i czego tam jeszcze. Coś kupujemy, aby nie dźwigać zwiedzając, nasze reklamówki podpisane numerkami pracownicy sklepu odnoszą do autokaru, a my wybieramy się na punkt widokowy, do kościółka, wędrujemy wąskimi uliczkami, chłoniemy klimat włoskiego południa, kosztujemy lody pistacjowe, czekoladowe, typowe dla tego regionu z niespodzianką w środku w postaci płynnej czekolady, zjadamy obiad, pijemy wodę, wino, zaglądamy do pracowni malarza, sklepiki jeszcze otwarte, choć kiedy będziemy wyjeżdżać będzie pora sjesty,  Przyglądamy się sposobowi parkowania na wąziutkich, stromych uliczkach, niektóre samochody mają po bokach otarcia, drobne wgniecenia, ale i tak  podziwiamy kierowców.

W porze sjesty trafiamy do niewielkiego Pizzo. Często słychać polską mowę, widać wielu rodaków wybrało się tu na wypoczynek. Miasteczko niewielkie, ale również pełne uroku, Atrakcją jest zamek szwagra Napoleona, kamienna twierdza na zboczu. Widoki znowu na morze, zatokę, uliczki wąziutkie, pranie rozwieszone pomiędzy domami. Widzieliśmy to wszystko na zdjęciach, robimy swoje. Będzie co wspominać w długie zimowe wieczory.

Capo Vaticano

 

makowo

 

***

maki lubią nasypy kolejowe obsiadają je odmierzają kilometry
przyglądają się torom podglądają  podróżnych w oknach

ogrodowe hodowlane zagarniają słońce do płatków
nadymają się niczym baloniki

leśne drobinki chwieją się na powyginanych wiotkich nóżkach
podpatrują sarny i zające biesiadują z poziomkami

polne maki w towarzystwie chabrów i rumianków
czekają na zaproszenie płócien i obiektywów

we Włoszech maki wiążą kwiecień z majem w ruinach starożytnych budowli
lub wędrują Via Apia z dziką orchideą

niegdyś zakwitły na obrusie wyszywanym ręką mojej matki
nigdy nie dokończonym

tu maki tam maki ówdzie maki

a tylko te jedne jedyne zamknięte w wyciągniętej do mnie piąstce dziecka
mają kształt serca