Archiwa kategorii: notatki z podróży

Londyn 2018, 6. Festiwal Poezji „Słowiańska Brosza”


Festiwal „Słowiańska Brosza” odbywał się w tym roku po raz szósty. Dla mnie było to trzecie spotkanie z festiwalem i jego gośćmi. Każde wyjątkowe, każde z innego powodu.
W tym roku lecieliśmy z Wrocławia. Na lotnisko Stansted w Londynie przyjechał po nas sympatyczny taksówkarz poznany w ubiegłym roku, a na stałe współpracujący z dyrektorem festiwalu Aleksym Wróblem. Ponieważ Londyn to spore odległości, więc trasę na miejsce docelowe spędziliśmy na pogawędce o życiu na obczyźnie, o mającym nastąpić Berexicie, o tym i owym. Pogoda i podobnie jak przez ostatnie 2 lata i teraz była nielondyńska, czyli słoneczna i ciepła. Jesień cudna, miasto pełne życia, imprezy poetyckie w kilku miejscach. Na początku POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) i koncert Janusza Kohuta z premierą kantaty „Niepodległość”, wystąpiły również znakomite artystki – Joanna Korpiela – Jatkowska i Urszula Mizia. Joanna Korpiela – Jatkowska wraz ze swoją utalentowaną uczennicą Agnieszką Bąk, przesympatyczną młodą dziewczyną, zaśpiewały kilka piosenek z tekstami Aleksego Wróbla. Znałam piosenki z płyty, jednak te wykonania przerosły moje oczekiwania pod każdym względem. Zaprezentowały swoją twórczość także bułgarskie poetki Elka Nyagolowa, Lubka Slavova, Migliena Gieorgijeva, Yordanka Getscova, po czym wystąpił bułgarski bard Valeriy Postharov, który zaprezentował pieśni i piosenki serbskie, bułgarskie, rosyjskie, chorwackie, macedońskie.
Miłym zaskoczeniem było dla mnie spotkanie z angielskim poetą Tedem Smith-Orr. Wspomagając się językiem uśmiechu i tłumaczeniem męża (wprawki w stosowaniu angielskiego w praktyce) zamieniliśmy z Tedem kilka zdań, wymieniliśmy się tomikami poezji, otrzymaliśmy sympatyczne dedykacje, a zdjęcie Teda, które mu wysłałam po powrocie już z Polski, stało się jego profilowym na Fb, co oczywiście sprawiło mi radość.
Pierwszą noc spędziliśmy u Eve znajomej Alka Wróbla, u której nocowaliśmy w ubiegłym roku. Kolejne nie bez niespodzianek już u Alka, razem z kilkoma gośćmi festiwalowymi.
Kolejnego dnia mieliśmy wizytę w Ambasadzie Polskiej i rozmowę z ambasadorem Arkadym Rzegockim. W spotkaniu wzięli udział Aleksy Wróbel z żoną Bożeną, Elka Nyagolowa z Valeriym Postharovem, Ondrej Kalamar, Zuzka Kuglerova, Lubka Slavova, Migliena Gieorgijeva, Yordanka Getscova, Sławomir Krzyśka, Blażej Szuman i ja z mężem. Wszyscy zostali przedstawieni przez Aleksego Wróbla, opowiedzieli o sobie i swojej twórczości, niektórzy wręczyli ambasadorowi swoje tomiki poezji. Spotkanie przebiegło w sympatycznej, przyjaznej atmosferze, poeci usłyszeli kilka ciepłych słów, zostali poczęstowani kawą, herbatą, ciastem i owocami, po czym udali się do Muzeum i Instytutu Sikorskiego, gdzie po krótkim zwiedzaniu zaprezentowali się poeci rosyjscy Margarita Markova, Lilya Ward, słowaccy Ondrej Kalamar, Zuzka Kuglerova, Alica Mikitovicova. Tu nastąpiło wręczenie nagrody festiwalu medalu „Słowiańska Brosza”, którą otrzymała Zuzka Kuglerova. Nagrodę przyjęła z ogromnym wzruszeniem, które udzieliło się również obecnym na sali. Zaprezentowano także moje tłumaczenia wierszy Vladimira Korkunova i Svetlany Demidowej. Sami autorzy błądzili jeszcze po Londynie i mieli wystąpić dopiero w POSK.
Momentem szczególnym podczas pobytu w Instytucie Sikorskiego był koncert pieśni patriotycznych w wykonaniu Janusza Kohuta, Joanny Korpiela – Jatkowskiej i Urszuli Mizia. Urszula Mizia nie dość, że świetnie grała na wiolonczeli, to jeszcze przybliżyła obecnym gościom historię prezentowanych utworów i tło historyczne okresu w jakim powstawały, a były to pieśni – kandydatki do zostania hymnem narodowym. Koncert zakończył się wspólnym odśpiewaniem hymnu polskiego, co było niezwykle wzruszającym momentem.
Dzień obfitował w wydarzenia, w POSK była okazja do posłuchania wierszy polskich uczestników festiwalu Edyty Hanslik, Bogusławy Chwierut, Bernadetty Krawiec, Sławomira Krzyśki, Błażeja Shumana, Wiesława Falkowskiego, Małgorzaty Jędrzejewskiej, także moich; rosyjscy goście z Moskwy – Vladimir Korkunov i Svetlana Demidowa zaprezentowali pierwszy numer czasopisma literackiego „Kontekst” i wiersze swoje oraz współczesnych poetów ukraińskich w tłumaczeniu na język rosyjski. Wysłuchaliśmy koncertu Remiego Juskiewicza – polskiego artysty mieszkającego w Londynie.

Sobotnie przedpołudnie to spacery po Londynie. Zobaczyliśmy kilka różnych miejsc, między innymi słynne Camden, Katedrę Westminsterską. Ja zostałam porwana przez przesympatyczną Alinę Tabisz, która pokazała mi kawałek „swojego” Londynu. Wybrałyśmy się do księgarenki Notting Hill, na ulicę Portobello, na kawę do kawiarenki.

Wieczorem uroczysta kolacja i koncert w Jazz Club POSK, gdzie popis swoich umiejętności dał Janusz Kohut. Przyjęty zresztą owacyjnie.

Nie wymieniłam wszystkich poetów i osób, z którymi przyszło się spotkać, jednak festiwal w Londynie będę wspominać z rozrzewnieniem.

Ostatni dzień pobytu w Albionie upłynął na zwiedzaniu Brighton, East Dean Village Green, a także klifów Seven Sisters z latarnią Beachy Head, ale to już temat na oddzielne opowiadanie.

Fotografie, na których jestem, są autorstwa uczestników festiwalu Aliny Tabisz, Barbary Słabuszewskiej, Lubki Slavovej, Anny Marii Różańskiej.

w Bielsku Białej

Bezpośrednio po pracy 12 października 2018 r. zostałam odwieziona do Piotrkowa Trybunalskiego, by wsiąść w pociąg IC i bezpośrednio dotrzeć do Bielska Białej. Festiwal Poezji „Słowiańska Brosza” już trwał od poprzedniego dnia, a najważniejsze wydarzenie piątku, czyli Konfrontacje Poetyckie w Domu Kultury miały się rozpocząć o godzinie 17 00, dokładnie o tej miałam się znaleźć na dworcu Bielsko Biała Główna. Na dworzec wyjechali po mnie Agnieszka Herman z Julkiem Wątrobą. Cudnie, bo dzięki temu „zdążyłam się spóźnić” tylko kilka minut na otwarcie imprezy, z walizką wparowałam na salę i przywitałam się z Joanną Kalinowską, poetką i tłumaczką włoskiego, która trzymała dla mnie miejsce przy stoliku. Joanna poinformowała mnie, że za chwilę mam wystąpić ze swoim wierszem w czwórce poetów razem z Bogdą Chwierut, Jurkiem Handzlikiem i prof.dr hab. Zofią Zarębianką. No, tremę miałam, nie powiem, że nie. Ale skoro rzekło się „a”, trzeba się było zmierzyć z sytuacją. Wybrano do czytania tekst pt. „Wernisaż”, wyświetlał się też na ekranie. Chyba wypadło nie najgorzej, bo po wystąpieniu nikt nie uciekał ze wzrokiem, a nawet były jakieś miłe reakcje, choć tekst do najmilszych nie należy.

Spotkałam wielu znajomych z festiwali w Płowdiw, Londynie, Wilnie, poznałam nowe osoby. Podziwiałam występy miejscowych artystów i rosyjskiego barda. Mieliśmy się spotkać jeszcze towarzysko później w mniej formalnej sytuacji podczas wieczornej kolacji i wycieczki na Szyndzielnię kolejnego dnia. Oczywiście hitem była obecność gościa z Indii.

 

po japońsku, ale nie jako tako i nie tylko…

W Tychach podczas 6. festiwalu „Słowiańska Brosza”, słowiańsko może i było, ale przede wszystkim egzotycznie. Odbył się pokaz kimon połączony z demonstracją zdjęć z Japonii i wykładem na temat tego kraju, na temat kimona – kto może nosić, jakie, gdzie schować wachlarz, a gdzie chusteczkę do nosa, czy skarpetki do japonek są wygodne, co musi być widać, a co powinno być zasłonięte… Czytano haiku, albo miniatury inspirowane haiku. Było kolorowo, ciekawie, egzotycznie.

Egzotycznie również z powodu wizyty festiwalowego gościa z Indii kardiologa i poety Sr. L.S.Prasada, który zaprezentował antologię wierszy 10 polskich autorów przełożonych przez  niego na język telugu – języka, którym się posługuje ok. 70 mln osób. Sr. L.S.Prasad wręczył nagrody i dyplomy poetom, których wiersze znalazły się w antologii. Wśród nich byłam i ja, a stało się to za sprawą Alicji Marii Kuberskiej, która wysyłając teksty do tłumaczenia postanowiła zrobić mi niespodziankę.

Ryszard Grajek – szef festiwalu był w swoim żywiole.

Wystawa

Artysta, którego lubię i cenię, autor okładki i ilustracji do mojej ostatniej książki, Jacek Frąckiewicz miał wernisaż swoich prac w galerii „Pod Rurą” w Widawie. Jak zwykle na jego wernisażach było sporo osób w różnym wieku. O wyznaczonej godzinie sam twórca był jeszcze zajęty prowadzeniem warsztatów malarskich dla dzieci, po chwili jednak pojawił się i „odpalił” wystawę. Odpalił dosłownie i symbolicznie, bowiem tradycyjnie zapłonęło kadzidełko. Było przyglądanie się pracom, podziwianie pomysłów na podjęcie tematu, katalog wystawy, ktoś wylosował jedną z prac, rozmawiano. Wystawa odwiedzi jeszcze okoliczne gminy, w Warszawie w Muzeum Karykatury można aktualnie oglądać inną, większą wystawę prac tego skromnego, niezwykle utalentowanego człowieka.

który to raz?

Dla mnie szósty, kolejny zjazd PPG. Wkleiłam się już i dobrze mi z tym. Teraz padło na Podlasie, chciałam powtórzyć sobie miejsca. Przy okazji poznałam nowe. Było ciekawie, jak zawsze zresztą. Będzie co wspominać – warsztaty garncarskie, kulinarne, zwiedzanie, wieczory autorskie i wesołe rozmowy.

wakacje

Wybór padł na Calabrię – Montepaone Lido, hotel Rada Siri. Okazało się trafny. Hotel nie za duży, 67 pokoi, bez animacji, z basenem, łóżka wygodne, ręczniki zmieniane codziennie. Wersja śniadania i obiadokolacje ok. Śniadania – szwedzki bufet, obiadokolacje serwowane przez kelnerów, do wyboru z 3 propozycji pierwsze i drugie, plus deser jeden z dwóch. Dla typowych mięsożerców mogłoby być niewystarczająco, schabowy z kapustą raczej nie tutaj. Za to dania jarsko-rybne wyśmienite, pięknie podane, serwowane pod daszkiem na świeżym powietrzu, można się poprzyglądać otoczeniu, góry, palmy – coś czego u nas na nizinie nie uświadczysz. Do kolacji codziennie karafka wina, przystawki wybierane samodzielnie.

W ciągu dnia plażowanie przy pięknej pogodzie, do plaży – piaszczysto-kamienistej niedaleko, leżaki i parasol w cenie. Przed południem sporo plażowych sprzedawców, kto lubi może się zaopatrzyć w okulary, sukienki, pareo, biżuterię, torebki, zabawki. Podobno gdzie indziej plażowa akwizycja jest zabroniona, tutaj działa. W porze sjesty raczej i tu przerwa. Praca nie najwdzięczniejsza, trzeba się nachodzić w upale, nadźwigać, a sprzedaż mizerna.

Po powrocie z plaży prysznic i spacer na kawałek miejscowej świeżutkiej pizzy, ciastko, lody. Leniwie, nikt nikogo nie pogania. Nie trzeba się spieszyć.

Wycieczka fakultatywna na Sycylię do Taorminy – autokar, prom, mijamy Messynę, oglądamy krajobrazy. W Taorminie zwiedzamy ogród im.księcia Colonna di Cesaro, ze wzgórza Monte Tauro spoglądamy na zatokę Naxos, Etnę, wędrujemy na Plac IX Kwietnia, w restauracji obiad, ryba, pasta, deser, woda, wino, jest smacznie. Jedząc spoglądamy na pobliską zatoczkę, klif, morze ma kolor szmaragdowy.

W Taorminie mnóstwo turystów, bywało tu wielu sławnych Goethe, Guy de Maupassant, Oscar Wilde, Hemingway, Nietsche, Gide, Asnyk, Iwaszkiewicz. Pewnie wielu więcej, niektórzy chcieli zamieszkać, paru napisało wiersze, opowiadania. Nic dziwnego, bo miejsce urzeka. Jest tu jedyny starożytny amfiteatr, który za tło ma widok na morze i góry jednocześnie. Kupujemy drobne pamiątki – likier pistacjowy, obrazki, na prezent drewnianą lokomotywę z wagonikami – imię. Wracając odczuwamy niedosyt, trzeba się będzie jeszcze kiedyś udać w tym kierunku, podreptać uliczkami, zostać dłużej.

Kolejna wycieczka fakultatywna dostarczy wielu wrażeń, dołączmy do niemieckiej grupy turystów. Tak nam powiedziano. Później okazuje się, że grupa jest wielonarodowa, tylko przewodniczka opowiada po niemiecku, wtrąca coś po angielsku. Jest okazja do przypomnienia sobie paru zwrotów. Coś rozumiemy, czegoś nie, ale jest nieźle. Przewodniczka profesjonalna, wydaje się, że lepsza od polskiej pilotki w Taorminie, dowiadujemy się więcej, czas jest lepiej wykorzystany. Tym razem trafiamy na punkt widokowy do Capo di Vaticano, rzeczywiście, jest cudnie, robimy parę fotek, jest upał, wracamy do klimatyzowanego autokaru, jedziemy do Tropei. W Tropei wybieramy się na degustację marmolady z czerwonej cebuli, likieru limoncello, grappy, wina, różnych dżemów z peperoncino, fig, miodu z dodatkiem bergamotki, pasty kokosowej z bergamotką i czego tam jeszcze. Coś kupujemy, aby nie dźwigać zwiedzając, nasze reklamówki podpisane numerkami pracownicy sklepu odnoszą do autokaru, a my wybieramy się na punkt widokowy, do kościółka, wędrujemy wąskimi uliczkami, chłoniemy klimat włoskiego południa, kosztujemy lody pistacjowe, czekoladowe, typowe dla tego regionu z niespodzianką w środku w postaci płynnej czekolady, zjadamy obiad, pijemy wodę, wino, zaglądamy do pracowni malarza, sklepiki jeszcze otwarte, choć kiedy będziemy wyjeżdżać będzie pora sjesty,  Przyglądamy się sposobowi parkowania na wąziutkich, stromych uliczkach, niektóre samochody mają po bokach otarcia, drobne wgniecenia, ale i tak  podziwiamy kierowców.

W porze sjesty trafiamy do niewielkiego Pizzo. Często słychać polską mowę, widać wielu rodaków wybrało się tu na wypoczynek. Miasteczko niewielkie, ale również pełne uroku, Atrakcją jest zamek szwagra Napoleona, kamienna twierdza na zboczu. Widoki znowu na morze, zatokę, uliczki wąziutkie, pranie rozwieszone pomiędzy domami. Widzieliśmy to wszystko na zdjęciach, robimy swoje. Będzie co wspominać w długie zimowe wieczory.

Capo Vaticano

 

Bisceglie, Bari kwiecień 2018

W Warszawie wiosną 2017 r. poznałam profesora Enrico Bagnato i Maurizio Evangelistę – włoskich poetów z grupy poetyckiej La Vallisa, z którymi mieliśmy się również spotkać w Bisceglie i Bari w kwietniu 2018 r.

W Bisceglie razem z Alicją Kuberską zatrzymaliśmy się w hotelu Nicotel. Nasza wizyta w tym mieście została zaplanowana szczegółowo przez Maurizio Evangelistę, zapowiedziana w lokalnych mediach. Mieliśmy się spotkać z burmistrzem w siedzibie urzędu miejskiego, odbyć spotkanie z poetami włoskimi i zwiedzić miasto. Wszystko odbyło się zgodnie z planem.  Najpierw  spacer wąskimi i nieco szerszymi uliczkami miejscowości Bisceglie, doszliśmy do mariny, gdzie wspólnymi siłami tworzyliśmy coś na kształt wiersza razem z Włochami na temat przydługiego czekania na kawę, wiadomo, tam się nikt nie spieszy… (każdy musiał wymyślić wers, po czym polskie wersy tłumaczono na włoski, główny redaktor magazynu literackiego prof. Daniele Giancane  zatwierdzał, robił korektę; zabawy było co nieco, niestety wiersz został w Italii i tylko Włochom znane są jego dalsze losy).

Dotarliśmy do katedry, właśnie odbywał się ślub, postanowiliśmy sobie, że podejrzymy, jak to się tu odbywa. Młodzi wyszli, tłumek gości zamotał im na drodze zestaw wstążek i panna młoda otrzymała nożyczki, wstążki przecięła i zaczęło się obsypywanie płatkami kwiatów ze specjalnie przygotowanych koszyczków wykonanych z zielonych, żywych liści, obsypywanie ryżem i czym tam jeszcze przyszło komu do głowy. Goście weselni poszli swoją drogą, a my weszliśmy do środka, gdzie dokładnie opowiedziano nam o miejscu i pokazano wszelkie zakamarki. Oczywiście, jak w wielu odwiedzanych przez nas miejscach, portret JP II był obecny, tu dodatkowo freski sprzed wielu wieków. Trzeba przyznać, że miejsce na zaślubiny prezentowało się dostojnie.

Wędrowaliśmy po Bisceglie, zatrzymaliśmy się na kawie, zajrzeliśmy do cukierni na tradycyjne, charakterystyczne dla tego miasta i regionu ciastko, wymieniliśmy tomiki. Okazało się, że nieznajomość włoskiego nie zawsze jest przeszkodą, aby się porozumieć.

Wyprawa do Bari pociągiem dała okazję do poznania zasad kupowania i kasowania biletów w pociągach, a właściwie przed wejściem do pociągu. Podróżowaliśmy również taksówką, którą z hotelu na dworzec zamówił nam Maurizio Evangelista. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby  na nasze pytanie o taksówkę, czy po powrocie przyjedzie po nas ta sama, która nas odwoziła z hotelu na dworzec, nie padła odpowiedź:

– Tak, ta sama, najlepsza.

Okazało się, że w mieście (60 tys. mieszkańców) jest tylko jedna taksówka.

W Bari w księgarni La Roma opodal głównego dworca kolejowego odbyło się spotkanie z grupą poetów La Vallisa, wcześniej udało nam się zwiedzić kawałek Bari. Oczywiście nie mogliśmy sobie darować odwiedzin w katedrze, w której pochowana została królowa Bona, księżna Bari, o której nasza Joanna Kalinowska przetłumaczyła książkę z języka włoskiego.

Przed księgarnią w imieniu grupy i własnym Giulia Poli Disanto powitała nas kwiatami ze swojego ogrodu, co było bardzo sympatyczne. Na spotkanie dotarła także rumuńska poetka Ankha Bruma oraz albański poeta i krytyk Aleksander Çulaj. Spotkanie było bardzo interesujące. Prowadzone było przez prof. Daniele Giancane szefa grupy poetyckiej La Vallisa i redaktora naczelnego magazynu literackiego pod tym samym tytułem ukazującego się w Apulli od ponad 30 lat (najdłużej w południowych Włoszech). Poeci, którzy wcześniej odwiedzili Polskę, mieli za zadanie opowiedzieć o swoich wrażeniach z pobytu, polskie poetki odpowiedziały na pytania zadawane przez prowadzącego, przeczytały swoje wiersze po polsku a włoscy koledzy przeczytali teksty po włosku. Moje fraszki i wiersze w tłumaczeniu Joanny Kalinowskiej znakomicie przeczytał Nicola Accetura.

Trzeba przyznać, że we Włoszech cała nasza grupka czuła się doskonale i jeśli czas i los pozwoli z przyjemnością powtórzymy wyprawę w gościnne rejony Apulli.

 

  

 

IV Międzynarodowy festiwal „Duchowość bez granic”, Płowdiw 2018

Czasem się zastanawiam, co jest ważniejsze słowa, teksty, czy człowiek, który je tworzy. Może jedno i drugie… Na IV festiwalu „Duchowość bez granic” chyba najważniejszy był „duch poezji”, który przyciągnął ludzi z Polski do magicznej Bułgarii. Przyszło nam powitać starych przyjaciół, uściskać, wymienić uśmiechy, poznać nowych. Jak zawsze główną postacią była Rozalia Aleksandrowa, która działała we współpracy z młodziutką poetką Svetliną Trifonową, nieocenioną pomoc w zrozumieniu zawiłości bułgarskiej duszy mieli polscy uczestnicy festiwalu w osobie Teresy Moszczyńskiej-Lazarowej. Czytaliśmy wiersze z nowo wydanego almanachu po polsku, a nasi przyjaciele po bułgarsku.

Zajrzeliśmy na festiwal róż, skosztowaliśmy bułgarskiej kuchni, zwiedziliśmy nieco Płowdiw,  jak zwykle pozostał niedosyt.

 

Nie tylko turystycznie w Apulli (Taranto i Massafra)

Przylecieliśmy do Bari – stolicy Apulli (wł. Puglia) na lotnisko im. Karola Wojtyłły 17 kwietnia 2018 r.

Zaproszenie otrzymaliśmy od stowarzyszenia Amici Italia-Polonia, którego prezesem jest Joanna Kalinowska – poetka i tłumaczka. Przyszło nam gościć kilka nocy u profesor Barbary Wojciechowskiej – Bianco, znawczyni literatury francuskiej, organizatorki wielu eventów w Massafrze.

Po drobnych perypetiach związanych z przetransportowaniem całej naszej grupki do Massafry via Taranto, dotarliśmy na miejsce dzięki Joannie, Gaetano Finizio i ich włoskim przyjaciołom.

Już pierwszego dnia wieczorem mieliśmy skosztować typowo włoskiej kuchni w typowo włoskiej Focaccerii L’orologio. Wybraliśmy pizzę i lokalne piwo – raffo. W lokalu gwarno i tłoczno, znak, że jedzenie smaczne i niezbyt drogie. Przed rozpoczęciem biesiadowania rozłożone zostały przez Gaetano Finizio i naszych włoskich nowo poznanych znajomych papierowe, kraciaste obrusy, które po zakończeniu jedzenia zostały po prostu zwinięte i trafiły do kosza.

18 kwietnia stanęliśmy przed zadaniem samodzielnego dotarcia autobusem z Massafry do Taranto. Należało kupić bilety w tabaccerii, czyli miejscu, gdzie kupuje się papierosy i wysyła toto-lotka. Autobus nadjechał, skasowaliśmy bilety. Kasownik wycina kawałek na rogu, a jeśli kasownik nie działa, to kierowca autobusu sam wydziera kawałek biletu. Przy czym w rozkłady jazdy zamieszczone na przystankach nie za bardzo należy wierzyć; w to, że autobus przyjedzie również.

W Taranto spotkaliśmy się z Joanną i rozpoczęliśmy zwiedzanie od zamku Castello Aragonese zwanego także Zamkiem Świętego Anioła, który nigdy nie został zdobyty, a przez wiele lat był obiektem wojskowym, zresztą teraz stanowi własność marynarki wojennej. Na początku trafiliśmy na zacnego człowieka – admirała Francesco Ricci, któremu zamek zawdzięcza potężną dwujęzyczną włosko-angielską monografię, a co ważniejsze restaurację zabytku i umożliwienie zwiedzającym poznania tego niezwykłego obiektu, którego początki sięgają 780 roku, kiedy to powstała pierwsza fortyfikacja dla ochrony przed atakami Saracenów i Republiki Weneckiej. Początkowo walczono wykorzystując włócznie, strzały, kamienie i wrzący olej. W 1841 roku wybudowano pierwszy kanał żeglowny, aby umożliwić przejazd małych łodzi i poprawić obronność zamku. Poznaliśmy historię budowy i rozbudowy zamku, prześledziliśmy rozwój możliwości obronnych. Zamek nadbudowywano na wcześniejszych fundamentach i murach, co da się zaobserwować w rodzaju budulca i sposobie jego łączenia. Trzeba przyznać, że grubość murów (7-8 m) była imponująca. W kilu pomieszczeniach wyeksponowano kule armatnie, które o dziwo nie były idealnie okrągłe, tylko zawierały regularne wgłębienia, co miało zapewnić lepszą rotację i zasięg. Oczywiście próbowano zamek zdobyć wielokrotnie, jednak nigdy się to nie udało. Dowiedzieliśmy się, że zamek pełnił też rolę surowego więzienia. Obejrzeliśmy interesujący obiekt, jakim jest  400-metrowy obrotowy most z drugiej połowy XIX wieku, łączący wyspę z częścią miasta nazwaną Borgo Nuovo, początkowo otwierany siłą wody, a później za pomocą silników elektrycznych.

Aktualnie w pracach restauracyjnych uczestniczą żołnierze wolontariusze, a oprowadzają po zamku pasjonaci historii – oficerowie. My, jako goście stowarzyszenia Amici Italia-Polonia zostaliśmy potraktowani ze szczególną starannością, trasa zwiedzania była długa a historia miejsca przedstawiona szczegółowo. Nie sposób przytoczyć wszystkiego.

Po wpisaniu się do księgi pamiątkowej udaliśmy się do trattorii na posiłek. Wybór (słuszny) padł na działającą od 1938 L’orologio. Już przy wejściu czekał na nas polski akcent, wśród różnych zegarów znalazł się zegar z Gdańska.

Menu wydrukowane na zwykłej kartce, bowiem turyści i bywalcy często zabierają egzemplarz na pamiątkę. W lokalu oprócz naszej mieszanej grupy prawie sami mężczyźni. Na początku dostaliśmy „poczekajkę” i chleb, który należało skubać po kawałku. Zamówiliśmy na przystawkę cozze i ośmiorniczki, kalmary, małe smażone rybki, krewetki i kalmary, na „pierwsze” spaghetti z małżami i sosem pomidorowym, wątróbkę duszoną w winie, orecchiette. Do tego lokalne piwo lub wodę mineralną. Resztki sosów wycieraliśmy zgodnie z zaleceniami kawałkami białego chlebka, uśmiechnęliśmy się przy nazwie tej czynności – scarpetta. Na zakończenie zwyczajowo podano likier amaro (podobny w smaku do bardziej znanej w Polsce beherovki) i limoncello (tu – sorbet cytrynowy).

Później spacer Lungo Mare (nabrzeżem), spojrzenie na port i zagłębiamy się w uliczki starego miasta. Wiele tu opuszczonych willi, parę pałaców na sprzedaż. Tu i ówdzie na balkonach suszy się pranie, kobiety rozmawiają balkon w balkon, smartfony zbędne. Docieramy do L’antico Chiostri san Domenico, oglądamy urokliwe patio i wędrujemy do Katedry di San Cataldo (patrona miasta), wnętrze niezwykle interesujące ze względu na doskonale zachowane drewniane sklepienie i kamienne kolumny, (niektórzy badacze twierdzą, że to najstarsza katedra w Apulii). Idziemy dalej, tu i ówdzie w ścianach domów można zauważyć kapliczki Matki Boskiej. Zahaczamy o budynek tarantyjskiego oddziału uniwersytetu Aldo Moro. Wewnątrz pod pancerną szybą pozostałości odkryć archeologicznych, schody w dół do wcześniejszych okresów historii miasta. Na dziedzińcu studenci właśnie świętują ukończenie uczelni. Spacer trwa, właśnie mijamy starożytne kolumny, pod jedną z nich zauważamy wylegującego się kota, podziwiamy egzotyczne rośliny i powoli kierujemy się ku głównej ulicy Taranto. Trafiamy do innego świata uładzonego, odmalowanego, z drogimi sklepami.

Czas na espressino, Termometr pokazuje 29 C.

Idziemy dalej, uwieczniam, co mi wpadnie w obiektyw: kwitnące drzewa, palmy, fontannę, trafiamy do parku, skąd widać morze i wycofany z flotylli wojskowej statek, na którym ma powstać muzeum. Po krótkim odpoczynku znów ruszamy w kierunku starówki, spotykamy grupę młodzieży, która świętuje ukończenie studiów, składamy gratulacje, fotografujemy się z nimi na pamiątkę, śliczna absolwentka ma na głowie wieniec laurowy.

Docieramy do niezwykłego miejsca – prywatnego mieszkania Calogero Cangialosi – muzeum, w którym nic nie ma mniej niż 50 lat, łącznie z właścicielem, przedtem zjadamy pyszne panzerotto. W niewielkim dwupokojowym mieszkaniu na półkach książki poukładane tematycznie, jeden z pokoi poświęcony zbożu i chlebowi na cześć pisarza – autora książki o ziarnie – idola właściciela zbiorów. Oglądamy stareńkie zabawki – drewnianą hulajnogę, hula-hop , sycylijskie marionetki, figurki z szopki bożonarodzeniowej, obrazki, sprzęty, lampkę do roweru, miarkę i jeszcze wiele innych drobiazgów, zerknęliśmy na wyposażenie kuchni. Niejako na deser zafundowano nam widok z dachu budynku i panoramę Taranto. Calogero ucieszył się z podarowanego mu mojego polsko-angielskiego tomiku poezji.

Następny dzień spędzamy w Massafrze z kolejnym pasjonatem, tym razem miłośnikiem historii i przyrody – Cosimo Matolese, według słów Joanny człowieka, który ma klucze do miejsc, do których klucze posiada zaledwie kilka osób. Trafiamy do graviny, czyli wąwozu z wydrążonymi w skale poniekąd już zabytkowymi, zarastającymi roślinnością, pomieszczeniami mieszkalnymi. Zadziwiający i niecodzienny to widok. Zwiedzamy sanktuarium Madonna della Scala zbudowane z kamienia. Zachwycamy się drzewkami figowymi, zaroślami opuncji, dzikorosnącymi ziołami. W zakamarkach skały dostrzegamy śpiącego nietoperza, gdzie indziej odcisk muszli, zaglądamy do klasztornego ogrodu, gdzie kwitną drzewa pomarańczy, rosną krzewy akantu (teraz pod całkowitą ochroną).

Czasu na kawę i coś słodkiego nie da się wykreślić z porządku dnia. Postanawiamy spróbować miejscowych specjałów. Ciastka wyglądają apetycznie, a kawa tu zawsze jest dobra. Zaprowadzono nas do salki na zapleczu cukierni, pomieszczenie jak z bajki, biało-błekitne ściany z bukietami bladoróżowych i seledynowych kwiatów, białe stoliczki, kredens, błękitne talerzyki, w białych serwetnikach błękitne serwetki, aż chciało się zanucić – „kawiarenki, la, la, la…”. Filiżanki mają napis Valentino, okazuje się nie bez powodu, bowiem niedaleko, w miejscowości Castellaneta urodził się ten słynny amant filmowy Rodolfo Alfonso Raffaello Piero Filiberto Guglielmi.

Po rozkoszach podniebienia ruszamy do kolejnego miejsca, gdzie zwykły turysta raczej nie dociera. Cosimo i Fabio zawożą nas tam, gdzie historia przetoczyła się kołem po starożytnej Via Appia, jednej z wielu 70 tys. km dróg, które prowadziły do Rzymu. Po drodze mijamy malowniczo położone masserie, gaje oliwne i puste przestrzenie. Wszystko wygląda ciekawie, nawet zwykłe chwasty. Zapamiętamy ten widok, bo za jakieś 3 tygodnie roślinność zostanie wypalona przez słońce, teraz wszystko jest jeszcze zielone. Po 15 maja słońce operuje tak mocno, że po soczystej zieleni nie zostanie nic, albo prawie nic.

Maszerujemy do megalitu Dolmen di san Giovani odkrytego przez podróżniczkę Janet Ross. Nasz przewodnik po drodze pokazuje cuda tutejszej flory – dzikie orchidee, na które my – laicy normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi, dzikie szparagi, zioła. Aż dziw bierze, że nie grzmią o tym miejscu przewodniki, ale może i lepiej. Na dłużej da się je pozostawić w stanie nieobłożonym straganami, reklamami, choć z drugiej strony miejsca są tak interesujące, że aż szkoda, że świat przestał się nimi interesować.

W drodze powrotnej do miasteczka zbaczamy w polną drogę, zatrzymujemy się i pokonawszy kępy zarośli znajdujemy się w kolejnym zaskakującym miejscu – starożytnym greckim cmentarzysku, pełnym kamiennych pozostałości grobów, zarośniętych zielskiem. Dało się zauważyć nawet koleiny wyżłobione przez wozy. Cosimo i Joanna poinformowali nas, że zawartości grobów zostały przeszukane przez archeologów a złoto oraz wyroby z ceramiki można teraz oglądać w muzeum archeologicznym w Taranto, do którego mamy się udać jeszcze tego samego dnia.

Kiedy trafiamy do Taranto i wspomnianego muzeum, okazuje się, że nie ma tam „tylko paru” skorup. Zbiory starożytności są przebogate i dają ledwie mgliste pojęcie o minionym dawno bogactwie i świetności miasta. Widać niezwykle silne wpływy starożytnej Grecji (Apulia była częścią tzw. Wielkiej Grecji, a główne miasto starej Italii stanowił Tarent), są też pozostałości materialne po starożytnych Rzymianach, naczynia, rzeźby, mozaiki. Zabytki, a jest ich naprawdę ogromna ilość, zachowane są w niezłym stanie, eksponowane bardzo pięknie (bilet do muzeum MARTA Museo Archeologico Taranto – 8 euro).

Zaglądamy jeszcze do galerii, w której początkowo miała być wystawa moich zdjęć, ostatecznie jednak znalazła gościnę w Centrum Kulturalnym Barbary Wojciechowskiej-Bianco w Massafrze.

Słońce chyli się ku zachodowi, koniec dnia. Wracamy do Massafry, po drodze na przystanek autobusowy mijamy kamienne stacje drogi krzyżowej (na jednym z kamiennych słupków widnieje ni mniej ni więcej tylko… UFO, ot fantazja artysty), zaglądamy na dziedziniec szkoły muzycznej. Gaetano ciągle się z kimś wita, pozdrawia, mnie pokazuje dobre miejsca, skąd można uchwycić obiektywem ciekawe ujęcie.

Wrażenia, wrażenia, wrażenia…

20 kwietnia 2018 r. moje fotografie przedstawiające różne zakątki Polski układają się w wystawę, a kilka tekstów przełożonych przez Joannę Kalinowską na włoski zostaje odczytanych w centrum kulturalnym Centro Culturale di Ricerca e Formazione w Massafrze. Wiersze czytają również włoscy poeci, w tym nasi towarzysze wędrówki z poprzedniego dnia Gaetano Finizio i Cosimo Motoleze, a także Joanna Kalinowska i Alicja Kuberska. Wieczór należy zaliczyć do udanych.