W tym roku ustanowiono honorową nagrodę p.n. „Ambasador światła”, festiwalu „Duchowość bez granic” odbywającego się od lat w Płowdiw w Bułgarii, wyróżniono sporo osób spośród twórców bułgarskich i wielu krajów świata, ja znalazłam się w tym gronie, co było dla mnie niespodzianką. Nagród i wyróżnień nigdy się nie spodziewam, więc tym bardziej to miłe zaskoczenie. Wyróżnienie zawdzięczam Rozalii Aleksandrowej dyrektorce i organizatorce festiwalu, znakomitej poetce i tłumaczce, wydawczyni i redaktorce festiwalowych almanachów.
Festiwal w Cluj-Napoca przebiegał w przyjaznej atmosferze. Nie obyło się bez niespodzianek, bowiem po pierwsze zwolniono nas z obecności na debatach filozoficznych, które odbywały się jedynie w języku rumuńskim, w tym czasie mogłyśmy zwiedzać miasto – historyczną stolicę Transylwanii, wpaść na kawę do kawiarni na placu tuż obok katedry św.Michała i imponującego pomnika króla Macieja Korwina, poszwendać się po uliczkach, popodziwiać architekturę, popstrykać fotki. Po drugie miałyśmy okazję poznać interesujących poetów i poetki (m.in. Adriana Suciu, Mariusa Ghiberdica, Violetę Anciu, Nicoletę Craete, Balazsa Attilę, Mirceę G. Florescu, a także dwie przesympatyczne Włoszki – Lucillę Trapazzo, Sabrinę De Canio). Oczywiście podczas posiłków konwersacje odbywały się w języku angielskim, którym obecni władali mniej lub bardziej biegle (ja mniej), w każdym razie dogadywaliśmy się. Dwukrotnie miałyśmy okazję zaprezentować swoją twórczość, co zostało uwiecznione przez organizatorów i ruszyło w eter. Nasze wiersze zostały przełożone na język rumuński i odczytane przez poetkę i tłumaczkę Nicoletę Craete, my czytałyśmy po polsku. Jest szansa, że kolejne utwory zostaną przełożone i opublikowane w Rumunii.
Inicjatorką naszej wyprawy i pośredniczką w przekazaniu zaproszeń do Cluj-Napoca dla mnie i Agnieszki Herman była, jak często siedziało w przeszłości, Alicja Maria Kuberska, dla której spotkanie z kilkoma twórcami nie było pierwsze.
Pogoda wreszcie dala nieco słońca, toteż spacer zaliczony i obfotografowany. Były bardziej lub mniej ostro uchwycone szpaki, kwiczoły, krzyżówki, głowienki, gągoły. Przez parę minut obserwowaliśmy stadko 8 saren i koziołków. Choć zima jeszcze nie odpuściła, to wiosna już puka… (1 marca)
Tak, tak… turystycznie, ale to nie taka zwykła standardowa wycieczka. Zaplanowana przez prawdziwego pasjonata Czech i tego miasta, a trasa zrealizowana i przyjęta z zachwytem przez grupkę przyjaciół z naszego miasta. Mnie się udało wstrzelić do grupy w zastępstwie koleżanki. Było intensywnie, interesująco, poznawczo. Chociaż to już trzeci pobyt w tym mieście, to poprzednie, choć przy lepszej pogodzie i w towarzystwie zawodowych przewodników, to ten przewyższył je w 100%.
Wystarczy spojrzeć na fotki, by zrozumieć aplauz dla tak interesującej wyprawy. Była jazda wszelkimi środkami lokomocji, zwiedzanie muzeów, odwiedziny w topowych restauracjach, degustowanie lokalnej kuchni i trunków, koncert w kultowym klubie jazzowym Reduta i tuptanie śladami rzeźb kontrowersyjnego rzeźbiarza Davida Czernego. (2-6 lutego 2026r.)
Zima i oczywiście ptactwo, kosy, gawrony, sikorki, żurawie, łabędzie, grubodzioby, kormorany… Jedne dokarmiane, inne karmią się same. Obserwowanie ich – frajda. Po raz pierwszy sfotografowałam jemiołuszki, fajne uczucie. A to tylko dwa spacery i parę spojrzeń za okno.