Archiwa autora: admin

IV Międzynarodowy festiwal „Duchowość bez granic”, Płowdiw 2018

Czasem się zastanawiam, co jest ważniejsze słowa, teksty, czy człowiek, który je tworzy. Może jedno i drugie… Na IV festiwalu „Duchowość bez granic” chyba najważniejszy był „duch poezji”, który przyciągnął ludzi z Polski do magicznej Bułgarii. Przyszło nam powitać starych przyjaciół, uściskać, wymienić uśmiechy, poznać nowych. Jak zawsze główną postacią była Rozalia Aleksandrowa, która działała we współpracy z młodziutką poetką Svetliną Trifonową, nieocenioną pomoc w zrozumieniu zawiłości bułgarskiej duszy mieli polscy uczestnicy festiwalu w osobie Teresy Moszczyńskiej-Lazarowej. Czytaliśmy wiersze z nowo wydanego almanachu po polsku, a nasi przyjaciele po bułgarsku.

Zajrzeliśmy na festiwal róż, skosztowaliśmy bułgarskiej kuchni, zwiedziliśmy nieco Płowdiw,  jak zwykle pozostał niedosyt.

 

Nie tylko turystycznie w Apulli (Taranto i Massafra)

Przylecieliśmy do Bari – stolicy Apulli (wł. Puglia) na lotnisko im. Karola Wojtyłły 17 kwietnia 2018 r.

Zaproszenie otrzymaliśmy od stowarzyszenia Amici Italia-Polonia, którego prezesem jest Joanna Kalinowska – poetka i tłumaczka. Przyszło nam gościć kilka nocy u profesor Barbary Wojciechowskiej – Bianco, znawczyni literatury francuskiej, organizatorki wielu eventów w Massafrze.

Po drobnych perypetiach związanych z przetransportowaniem całej naszej grupki do Massafry via Taranto, dotarliśmy na miejsce dzięki Joannie, Gaetano Finizio i ich włoskim przyjaciołom.

Już pierwszego dnia wieczorem mieliśmy skosztować typowo włoskiej kuchni w typowo włoskiej Focaccerii L’orologio. Wybraliśmy pizzę i lokalne piwo – raffo. W lokalu gwarno i tłoczno, znak, że jedzenie smaczne i niezbyt drogie. Przed rozpoczęciem biesiadowania rozłożone zostały przez Gaetano Finizio i naszych włoskich nowo poznanych znajomych papierowe, kraciaste obrusy, które po zakończeniu jedzenia zostały po prostu zwinięte i trafiły do kosza.

18 kwietnia stanęliśmy przed zadaniem samodzielnego dotarcia autobusem z Massafry do Taranto. Należało kupić bilety w tabaccerii, czyli miejscu, gdzie kupuje się papierosy i wysyła toto-lotka. Autobus nadjechał, skasowaliśmy bilety. Kasownik wycina kawałek na rogu, a jeśli kasownik nie działa, to kierowca autobusu sam wydziera kawałek biletu. Przy czym w rozkłady jazdy zamieszczone na przystankach nie za bardzo należy wierzyć; w to, że autobus przyjedzie również.

W Taranto spotkaliśmy się z Joanną i rozpoczęliśmy zwiedzanie od zamku Castello Aragonese zwanego także Zamkiem Świętego Anioła, który nigdy nie został zdobyty, a przez wiele lat był obiektem wojskowym, zresztą teraz stanowi własność marynarki wojennej. Na początku trafiliśmy na zacnego człowieka – admirała Francesco Ricci, któremu zamek zawdzięcza potężną dwujęzyczną włosko-angielską monografię, a co ważniejsze restaurację zabytku i umożliwienie zwiedzającym poznania tego niezwykłego obiektu, którego początki sięgają 780 roku, kiedy to powstała pierwsza fortyfikacja dla ochrony przed atakami Saracenów i Republiki Weneckiej. Początkowo walczono wykorzystując włócznie, strzały, kamienie i wrzący olej. W 1841 roku wybudowano pierwszy kanał żeglowny, aby umożliwić przejazd małych łodzi i poprawić obronność zamku. Poznaliśmy historię budowy i rozbudowy zamku, prześledziliśmy rozwój możliwości obronnych. Zamek nadbudowywano na wcześniejszych fundamentach i murach, co da się zaobserwować w rodzaju budulca i sposobie jego łączenia. Trzeba przyznać, że grubość murów (7-8 m) była imponująca. W kilu pomieszczeniach wyeksponowano kule armatnie, które o dziwo nie były idealnie okrągłe, tylko zawierały regularne wgłębienia, co miało zapewnić lepszą rotację i zasięg. Oczywiście próbowano zamek zdobyć wielokrotnie, jednak nigdy się to nie udało. Dowiedzieliśmy się, że zamek pełnił też rolę surowego więzienia. Obejrzeliśmy interesujący obiekt, jakim jest  400-metrowy obrotowy most z drugiej połowy XIX wieku, łączący wyspę z częścią miasta nazwaną Borgo Nuovo, początkowo otwierany siłą wody, a później za pomocą silników elektrycznych.

Aktualnie w pracach restauracyjnych uczestniczą żołnierze wolontariusze, a oprowadzają po zamku pasjonaci historii – oficerowie. My, jako goście stowarzyszenia Amici Italia-Polonia zostaliśmy potraktowani ze szczególną starannością, trasa zwiedzania była długa a historia miejsca przedstawiona szczegółowo. Nie sposób przytoczyć wszystkiego.

Po wpisaniu się do księgi pamiątkowej udaliśmy się do trattorii na posiłek. Wybór (słuszny) padł na działającą od 1938 L’orologio. Już przy wejściu czekał na nas polski akcent, wśród różnych zegarów znalazł się zegar z Gdańska.

Menu wydrukowane na zwykłej kartce, bowiem turyści i bywalcy często zabierają egzemplarz na pamiątkę. W lokalu oprócz naszej mieszanej grupy prawie sami mężczyźni. Na początku dostaliśmy „poczekajkę” i chleb, który należało skubać po kawałku. Zamówiliśmy na przystawkę cozze i ośmiorniczki, kalmary, małe smażone rybki, krewetki i kalmary, na „pierwsze” spaghetti z małżami i sosem pomidorowym, wątróbkę duszoną w winie, orecchiette. Do tego lokalne piwo lub wodę mineralną. Resztki sosów wycieraliśmy zgodnie z zaleceniami kawałkami białego chlebka, uśmiechnęliśmy się przy nazwie tej czynności – scarpetta. Na zakończenie zwyczajowo podano likier amaro (podobny w smaku do bardziej znanej w Polsce beherovki) i limoncello (tu – sorbet cytrynowy).

Później spacer Lungo Mare (nabrzeżem), spojrzenie na port i zagłębiamy się w uliczki starego miasta. Wiele tu opuszczonych willi, parę pałaców na sprzedaż. Tu i ówdzie na balkonach suszy się pranie, kobiety rozmawiają balkon w balkon, smartfony zbędne. Docieramy do L’antico Chiostri san Domenico, oglądamy urokliwe patio i wędrujemy do Katedry di San Cataldo (patrona miasta), wnętrze niezwykle interesujące ze względu na doskonale zachowane drewniane sklepienie i kamienne kolumny, (niektórzy badacze twierdzą, że to najstarsza katedra w Apulii). Idziemy dalej, tu i ówdzie w ścianach domów można zauważyć kapliczki Matki Boskiej. Zahaczamy o budynek tarantyjskiego oddziału uniwersytetu Aldo Moro. Wewnątrz pod pancerną szybą pozostałości odkryć archeologicznych, schody w dół do wcześniejszych okresów historii miasta. Na dziedzińcu studenci właśnie świętują ukończenie uczelni. Spacer trwa, właśnie mijamy starożytne kolumny, pod jedną z nich zauważamy wylegującego się kota, podziwiamy egzotyczne rośliny i powoli kierujemy się ku głównej ulicy Taranto. Trafiamy do innego świata uładzonego, odmalowanego, z drogimi sklepami.

Czas na espressino, Termometr pokazuje 29 C.

Idziemy dalej, uwieczniam, co mi wpadnie w obiektyw: kwitnące drzewa, palmy, fontannę, trafiamy do parku, skąd widać morze i wycofany z flotylli wojskowej statek, na którym ma powstać muzeum. Po krótkim odpoczynku znów ruszamy w kierunku starówki, spotykamy grupę młodzieży, która świętuje ukończenie studiów, składamy gratulacje, fotografujemy się z nimi na pamiątkę, śliczna absolwentka ma na głowie wieniec laurowy.

Docieramy do niezwykłego miejsca – prywatnego mieszkania Calogero Cangialosi – muzeum, w którym nic nie ma mniej niż 50 lat, łącznie z właścicielem, przedtem zjadamy pyszne panzerotto. W niewielkim dwupokojowym mieszkaniu na półkach książki poukładane tematycznie, jeden z pokoi poświęcony zbożu i chlebowi na cześć pisarza – autora książki o ziarnie – idola właściciela zbiorów. Oglądamy stareńkie zabawki – drewnianą hulajnogę, hula-hop , sycylijskie marionetki, figurki z szopki bożonarodzeniowej, obrazki, sprzęty, lampkę do roweru, miarkę i jeszcze wiele innych drobiazgów, zerknęliśmy na wyposażenie kuchni. Niejako na deser zafundowano nam widok z dachu budynku i panoramę Taranto. Calogero ucieszył się z podarowanego mu mojego polsko-angielskiego tomiku poezji.

Następny dzień spędzamy w Massafrze z kolejnym pasjonatem, tym razem miłośnikiem historii i przyrody – Cosimo Matolese, według słów Joanny człowieka, który ma klucze do miejsc, do których klucze posiada zaledwie kilka osób. Trafiamy do graviny, czyli wąwozu z wydrążonymi w skale poniekąd już zabytkowymi, zarastającymi roślinnością, pomieszczeniami mieszkalnymi. Zadziwiający i niecodzienny to widok. Zwiedzamy sanktuarium Madonna della Scala zbudowane z kamienia. Zachwycamy się drzewkami figowymi, zaroślami opuncji, dzikorosnącymi ziołami. W zakamarkach skały dostrzegamy śpiącego nietoperza, gdzie indziej odcisk muszli, zaglądamy do klasztornego ogrodu, gdzie kwitną drzewa pomarańczy, rosną krzewy akantu (teraz pod całkowitą ochroną).

Czasu na kawę i coś słodkiego nie da się wykreślić z porządku dnia. Postanawiamy spróbować miejscowych specjałów. Ciastka wyglądają apetycznie, a kawa tu zawsze jest dobra. Zaprowadzono nas do salki na zapleczu cukierni, pomieszczenie jak z bajki, biało-błekitne ściany z bukietami bladoróżowych i seledynowych kwiatów, białe stoliczki, kredens, błękitne talerzyki, w białych serwetnikach błękitne serwetki, aż chciało się zanucić – „kawiarenki, la, la, la…”. Filiżanki mają napis Valentino, okazuje się nie bez powodu, bowiem niedaleko, w miejscowości Castellaneta urodził się ten słynny amant filmowy Rodolfo Alfonso Raffaello Piero Filiberto Guglielmi.

Po rozkoszach podniebienia ruszamy do kolejnego miejsca, gdzie zwykły turysta raczej nie dociera. Cosimo i Fabio zawożą nas tam, gdzie historia przetoczyła się kołem po starożytnej Via Appia, jednej z wielu 70 tys. km dróg, które prowadziły do Rzymu. Po drodze mijamy malowniczo położone masserie, gaje oliwne i puste przestrzenie. Wszystko wygląda ciekawie, nawet zwykłe chwasty. Zapamiętamy ten widok, bo za jakieś 3 tygodnie roślinność zostanie wypalona przez słońce, teraz wszystko jest jeszcze zielone. Po 15 maja słońce operuje tak mocno, że po soczystej zieleni nie zostanie nic, albo prawie nic.

Maszerujemy do megalitu Dolmen di san Giovani odkrytego przez podróżniczkę Janet Ross. Nasz przewodnik po drodze pokazuje cuda tutejszej flory – dzikie orchidee, na które my – laicy normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi, dzikie szparagi, zioła. Aż dziw bierze, że nie grzmią o tym miejscu przewodniki, ale może i lepiej. Na dłużej da się je pozostawić w stanie nieobłożonym straganami, reklamami, choć z drugiej strony miejsca są tak interesujące, że aż szkoda, że świat przestał się nimi interesować.

W drodze powrotnej do miasteczka zbaczamy w polną drogę, zatrzymujemy się i pokonawszy kępy zarośli znajdujemy się w kolejnym zaskakującym miejscu – starożytnym greckim cmentarzysku, pełnym kamiennych pozostałości grobów, zarośniętych zielskiem. Dało się zauważyć nawet koleiny wyżłobione przez wozy. Cosimo i Joanna poinformowali nas, że zawartości grobów zostały przeszukane przez archeologów a złoto oraz wyroby z ceramiki można teraz oglądać w muzeum archeologicznym w Taranto, do którego mamy się udać jeszcze tego samego dnia.

Kiedy trafiamy do Taranto i wspomnianego muzeum, okazuje się, że nie ma tam „tylko paru” skorup. Zbiory starożytności są przebogate i dają ledwie mgliste pojęcie o minionym dawno bogactwie i świetności miasta. Widać niezwykle silne wpływy starożytnej Grecji (Apulia była częścią tzw. Wielkiej Grecji, a główne miasto starej Italii stanowił Tarent), są też pozostałości materialne po starożytnych Rzymianach, naczynia, rzeźby, mozaiki. Zabytki, a jest ich naprawdę ogromna ilość, zachowane są w niezłym stanie, eksponowane bardzo pięknie (bilet do muzeum MARTA Museo Archeologico Taranto – 8 euro).

Zaglądamy jeszcze do galerii, w której początkowo miała być wystawa moich zdjęć, ostatecznie jednak znalazła gościnę w Centrum Kulturalnym Barbary Wojciechowskiej-Bianco w Massafrze.

Słońce chyli się ku zachodowi, koniec dnia. Wracamy do Massafry, po drodze na przystanek autobusowy mijamy kamienne stacje drogi krzyżowej (na jednym z kamiennych słupków widnieje ni mniej ni więcej tylko… UFO, ot fantazja artysty), zaglądamy na dziedziniec szkoły muzycznej. Gaetano ciągle się z kimś wita, pozdrawia, mnie pokazuje dobre miejsca, skąd można uchwycić obiektywem ciekawe ujęcie.

Wrażenia, wrażenia, wrażenia…

20 kwietnia 2018 r. moje fotografie przedstawiające różne zakątki Polski układają się w wystawę, a kilka tekstów przełożonych przez Joannę Kalinowską na włoski zostaje odczytanych w centrum kulturalnym Centro Culturale di Ricerca e Formazione w Massafrze. Wiersze czytają również włoscy poeci, w tym nasi towarzysze wędrówki z poprzedniego dnia Gaetano Finizio i Cosimo Motoleze, a także Joanna Kalinowska i Alicja Kuberska. Wieczór należy zaliczyć do udanych.

we Wrocławiu

https://www.youtube.com/watch?v=_7b9H3CfH7g

fot.AJ

fot.AJ

fot.AJ

fot.AJ

jechałam na spotkanie Małgosi Hrycaj i Jacka Sojana. Okazało się, że występujących było co niemiara. Dzięki gościnnemu mikrofonowi klubu Pieśniarze mogli się zaprezentować różni artyści, również z innych krajów – Iranu, Węgier, Niemiec. Było wesoło, lirycznie, satyrycznie, muzycznie. Klimat, jaki lubię, do którego dorzuciłam parę swoich fraszek (zob.link)

foto organizatora

foto organizatora