





































































Jeśli nie da się daleko, to warto przyjrzeć się temu, co blisko. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Sieradza można znaleźć ciekawe miejsca i urokliwe zakątki, podpatrzeć przyrodę, zatrzymać w kadrze lato.






































Urocza okolica sztucznego zbiornika na rzece Warcie, ostoja ptactwa. Wrażenie robi ogrom wody, prawie morze 😉 Warto zajrzeć do kościółka w Siedlątkowie, znajdującego się poniżej poziomu wody.























Jechać, nie jechać, zastanawiało się wielu. Niektórzy wybrali „nie jechać”, grupka 12 osób zebrała się w sobie, zaopatrzyła w niezbędne maseczki, środki odkażające, rękawiczki i pojechała do miejscowości Giebnia. W domu byliśmy sami, do dyspozycji pokoje z łazienkami, kuchnia i salon – miejsce spotkań a także miejsce do grillowania i duuużo świeżego powietrza oraz cudowny widok na jezioro z pomostem i łanem maków tuż obok. Co tu dużo mówić – landszafcik miły oku, szczególnie po kilku miesiącach siedzenia w domu z powodu zalecanej kwarantanny i pracy zdalnej.
Poeci po Godzinach nie byliby sobą, gdyby nie zorganizowali wspólnego czytania poezji; jedno ze spotkań z debiutantem (książka w druku) Krzysztofem Schodowskim prowadził Roman Rojewski. Warto było posłuchać wierszy Krzysztofa, który pracował nad książką od kilku lat, porozmawiać o tym, co i jak pisze. Wieczór przekształcił się w śpiewaną biesiadę za sprawą Jula (Juliusz Rafeld), który dotarł z gitarą z Bydgoszczy i towarzyszył poetom do późnych godzin nocnych.
Drugiemu ze spotkań towarzyszyło nieco surrealistyczne tło kuchennego bałaganu, którego z pewnością bohaterka wieczoru Teresa Radziewicz nie mogła przewidzieć. Dodać trzeba, że goście spotkania odziani byli niecodziennie. Uznana już poetka odnalazła się w tej sytuacji znakomicie, a jej wiersze i fragmenty prozy skłoniły do refleksji i przemyśleń. Najnowsze dzieło Teresy nosi tytuł „ś” i jest w trakcie prac redakcyjnych, a właściwie czeka na stosowny projekt okładki. Spotkanie zaczęło się od przypomnienia jednej z pierwszych książek autorki „Sonia zmienia imię”. Okazało się, że zestawienie tych dwóch pozycji choć całkowicie przypadkowe, jest uzasadnione i ciekawie było posłuchać utworów, które dzieli kilka lat. Teresa Radziewicz zaprezentowała także nowe pismo literackie „epea” wydawane przez Książnicę Podlaską im. Łukasza Górnickiego.
Pogoda dopisała i oprócz spotkań poetyckich udało się zorganizować spontaniczne wypady do Inowrocławia, Biskupina i Kruszwicy.
Zjazdom PPG zwykle towarzyszyły wariacje na temat Szekspira, tym razem jednak postanowiono spontanicznie zainscenizować scenę z obrazu „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Oczywiście obraz był tylko inspiracją do pantomimicznych wygibasów, ale zespół bawił się przy tym znakomicie. Kulinarnym guru całego Zjazdu był Andrzej Dygas.
Pozostały wspomnienia i zestaw fotografii wśród czerwcowej przyrody pięknych Kujaw. A wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie determinacja szefowej grupy Renaty Radnej-Mszycy.
































































fot. Agnieszka Jarzębowska, Krzysztof Schodowski, Andrzej Trzebicki
Bezdeszczowo, więc wybraliśmy się poobserwować okolicę. Malowniczo wcale nie znaczy daleko, udało się poobserwować ptaki, co prawda nie z bliska, bo to płochliwe istoty, ale słuchanie ich śpiewu i pobyt na świeżym powietrzu zrekompensowały niedostatki w fotografiach. Zaczynają kwitnąć polne maki, co już jest niezwykle barwnym akcentem na tle soczystej wiosennej zieleni.
























Parę lat temu, właściwie trochę więcej niż parę, oglądaliśmy w Biskupicach k.Sieradza drewniany most, nie miałam jeszcze aparatu cyfrowego, ale drewniany most sfotografowałam, zdjęcia wywołane, leżą gdzieś w szufladzie. W tym moście była dziura, którą też sfotografowałam, wkrótce most został rozebrany i zastąpiony nowym. Dziś nowy most jest już stary, rdzewieje, ale okolica wciąż może urzekać.

























W Indiach na festiwalu poetyckim w Guntur i Hyderabadzie poznaliśmy Filipinkę – poetkę i tłumaczkę o imieniu Eden, oczywiście Polacy zwracali się do niej Eden (raj), a nie [Iden], jak by należało. Nasza koleżanka po piórze jest niezwykle pogodną osobą i właściwie myśleć o niej jak o przedstawicielce RAJU-EDENU, wcale nie byłoby przesadą.

Poniżej kilka moich wierszy w jej tłumaczeniu na język filipiński.
Agnieszka Jarzębowska
tłumaczenie na filipiński – Eden Soriano Trinidad (Isinalin tungo sa Wikang Filipino)
***
w piątej porze roku
dwudziestej piątej godzinie doby
jest miejsce spotkań malarzy i poetów.
Niedosytu nie do określenia,
przestrzeni między natchnieniem a natchnieniem,
myślą a słowem,
barwą a plamą,
świtem a dniem.
Wejście przez drzwi
z ulicy Weny.
Isinalin tungo sa Wikang Filipino
Ni Eden Soriano Trinidad
sa ika-limang panahon
ika -25 oras ng araw
may isang lugar na tagpuan
ang mga nagpipinta
ang mga makata
at mga kakulangan
imposibleng maipaliwanag
ang patlang sa pagitan
ng inspirasyon at inspirasyon
diwa at salita
kulay at tagpi
madaling araw at ng maghapon
daaanan papasok sa may pintuan
sa lansangan ng mga Makata.
Miejsce po przecinku
Wszystko
jest kwestią miejsca po przecinku.
Pomyślałam:
– matematyka.
– Nie,
to filozofia
– odrzekł –
weź zdanie
i zapisz je dwukrotnie,
stawiając przecinek
w dwu różnych miejscach.
„Kochać nie,
wolno zabić”
„Kochać,
nie wolno zabić”
Historia
wiele razy
przestawiała przecinek.
Filipino Translation
ang lugar pagkatapos ng kuwit,
ang lahat ay nasa kinaroroonan ng kuwit
inakala ko
matematika
hindi
ito ay pilosopiya
sabi niya
sumulat ka ng dalawang pangungusap
isulat mo ito ng dalawang beses
lagyan mo ng kuwit
sa mga magkaibang lugar
,,para sa pag-ibig hindi,
pinapayagan ang pumatay”
,,para sa pag-ibig,
hindi pinapayagan ang pumatay”
kasaysayan
ang naglipat ng lugar ng kuwit
ng maraming beses.
***
Odczekam tysiąc lat i będę żyła w innym świecie,
bez niepotrzebnych kultów
i będę kochać przeciw zimnym ścianom,
przeciw zimnym ludziom.
Będę czerpać
ciepło
z kwiatów.
Przeczekam tysiąc lat
ludzkiej nienawiści.
Filipino Translation
Ako’y maghihintay ng isang libong taon
at ako ay mabubuhay
sa kakaibang mundo
na walang mga kulto
at mamahalin ko
laban sa malamig na mga pader
laban sa mga nanlalamig na mga tao
Kukunin ko ang init
mula sa mga bulaklak
Maghihintay ako ng libo mang taon
sa poot ng sangkatauhan




25 lutego 2020 r. odbyło się spotkanie poetyckie w ramach projektu „GrupyLITER”. Wybrałyśmy się we trzy: Joanna Chachuła, Magdalena Olejnik i ja, jechałyśmy do Gorzowa Wielkopolskiego jakieś 6 godzin, nie bez niespodzianek po drodze. Towarzyszyła nam trema, bowiem tamtejsze środowisko i sama organizatorka dość wymagający, zresztą zawsze jest obawa o to, jak człowiek i jego pisanina zostaną przyjęte. Na dodatek w tym dniu odbywało się inne spotkanie ze znaną osobistością ze świata nauki i wybitnym znawcą języka, toteż istniała obawa, że frekwencja na naszym będzie znikoma.
Najpierw jednak wybraliśmy się na posiłek do naleśnikarni. Było smacznie i ładnie, z przyjemnością polecamy to miejsce.

Obawy co do frekwencji okazały się nieuzasadnione, zjechali się ludzie z kilku miejscowości, przyjęto nas życzliwie. Dyskutowano o poezji i działalności grupy DESANT chętnie. Poznałyśmy nowych ludzi, ze starymi znajomymi witaliśmy się serdecznie. Najaktywniejszymi dyskutantami, oprócz Beaty Patrycji Klary byli panowie Marek Stachowiak, Marek Lobo-Wojciechowski, Roman Habdas.











Nocowałyśmy w niezwykłym miejscu, nieco za miastem, przyjęci bardzo gościnnie przez Beatę Patrycję Klary i Marka Stachowiaka rozmawialiśmy niemal do północy. Później udałyśmy się na spoczynek do pokojów zatytułowanych: piekło, niebo i raj. Rano króciutki spacer po okolicy i w drogę.









W Gorzowie Wielkopolskim wszystkie trzy byłyśmy po raz pierwszy, toteż interesowało nas, co miasto może nam pokazać. Na zwiedzanie przeznaczyłyśmy środowe przedpołudnie. Najpierw ruszyłyśmy nad Wartę.






Przed budynkiem Miejskiego Ośrodka Sztuki zatrzymałyśmy się przy rzeźbie Andrzeja Moskaluka.



W Miejskim Ośrodku Sztuki zwiedziłyśmy niezwykłą wystawę prac Władysława Hasiora .










Za sprawą gorzowskiej projektantki Natalii Ślizowskiej i jej MY FASHION WORLD, znalazłyśmy się na chwilę w świecie mody. Intrygująca była zarówno jej wystawa w MOS jak i zagospodarowanie przestrzeni, w której znalazło się miejsce na kącik modowy z przymrużeniem oka.


















W innej sali zatrzymał nas filmowy performance.


Gorzów będzie nam się kojarzył również z dość dziwną budowlą w kształcie pająka. Zauważyłyśmy ją już poprzedniego dnia.


Jak na dwa dni, a właściwie popołudnie i wieczór jednego a przedpołudnie następnego dnia wrażeń było naprawdę moc.
A w drodze powrotnej luty zafundował nam takie obrazki.





